Elementy ceramiczne zrobiłam jakoś w zeszłym roku, "oprawiłam" je w jedwabne sutaszowe taśmy i w koraliki, podszyłam czekoladowym jedwabiem pod koniec tegorocznego Jarmarku Dominikańskiego (w połowie sierpnia).
W końcu wczoraj dołożyłam srebrne bigle i dziś doczekały się zdjęć.
Tytuł dzisiejszego posta nie ma wiele wspólnego z tym co na zdjęciach czyli najnowszym naszyjnikiem.
Ale o tym za chwilę.
Na początek o naszyjniku.
Niezmiennie miksuję sobie kilka technik: ceramiczne "oczko" ubrałam w sutaszowe tasiemki i różne koralikowe techniki - trochę haftu, trochę szydełka, ścieg peyote też się pojawił.
Na poniższym zdjęciu zapięcie.
Tak, wiem zdjęć tym razem sporo, ale i dużo szczegółów które ładnie w słońcu dzisiejszym się zaprezentowały.
Tył podszyty bordowym jedwabiem wygląda jak na poniższym zdjęciu.
A tytuł posta?
Wziął się z braku pomysłu na nazwę naszyjnika oraz piątkowego planu na dzisiejszy wieczór. Z planu nic nie wyszło ale i tak mi gdzieś po głowie ciągle chodzi.
Chcieliśmy się wybrać z przyjaciółmi do Filharmonii Bałtyckiej na "Carmina Burana" (ni hu hu nie wiem jak to odmienić ;) łaciny uczyłam się tak dawno...), niestety zabrakło biletów.
Zanim dowiedziałam się, że niestety plan nie wypalił, pomyślałam że okazję wykorzystam i jak już będę "wystrojona", uczesana i z całą iluzją na twarzy to przy okazji założę naszyjnik i będę miała fotki.
Niestety Fortuna inaczej losem pokierowała, dziś w planie szkliwienie a poranne słonko, zanim zjadłam śniadanie, skusiło mnie do zrobienia zdjęć.
Może na koncert założyłabym aksamitny żakiet ?
Na koniec troszkę muzyki:
"O Foruna", "Carmina Burana" Carl Orff.
a dla ciekawskich tekst w wersji oryginalnej i przetłumaczony - KLIK
Ostatnio kompletnie oszalałam na temat boro, shibori, nieco na temat batiku.
Miałam co prawda plany na ostatnie dni całkiem inne ale dopadło mnie wredne choróbsko, więc moc miałam jedynie na siedzenie w fotelu i machanie igłą.
Szmatki pofarbowane własnoręcznie różne miałam, kilka pokazałam w poprzednim poście, kilka jeszcze można było zobaczyć na FB, sutasz, też własnoręcznie barwiony w dodatku w odpowiadającej mi tonacji, był w wystarczającej ilości. Na fragmencie tkaniny odbiłam pieczątkę na złoto, pozszywałam, pohaftowałam, troszkę wytarmosiłam by nie było zbyt gładkie i grzeczne, uplotłam kilka drobiazgów, złożyłam w całość i tak powstał lekki choć wcale nie mały naszyjnik.
A zaczęłam od wycięcia takich małych, jedwabnych łusek.
Tu już łuski naszyte i "wytarmoszone".
Bardzo jestem ciekawa co na jego temat myślicie.
Ps. Jako tło występuje wdzianko które udało mi się w "szmateksie" upolować. Cudo - mówię Wam. Jedwabne (haft i podszewka też!) w całości ręcznie szyte. Troszkę wygniecione - prasowanie go to niezła zabawa a mi zwyczajnie się nie chce. Chwilowo mam ogólne paskudne niechciejstwo chorowite.
A miało być tak pięknie..... zdjęcia na plaży, na rozgrzanym piasku, widok na błękitną wodę, spacer.......
Obiecałam babci spacer a jako że pozazdrościłam Magdzie jej fotek na piasku postanowiłam połączyć obie "sprawy". Dziś zapowiadał się dobry dzień. Pogoda - piękna, mocno ciepło ale jeszcze nie obezwładniająco. Na niebie żadnej chmurki. Start miał być wczesny żeby uniknąć tłumów (brrrr.... nie lubię lata na plaży właśnie z tego powodu. Poza tym i tak się nie opalam.) no i zaczęło się..... stanie w korkach. Teoretycznie powinnyśmy dojechać w pół godziny. Po dwóch godzinach nie byłyśmy nawet w połowie drogi. Poddałyśmy się i wróciłyśmy .... z wielką przyjemnością. Cóż.... chłodny dom, przewiewny ogród, pyszny obiad i ciasto z truskawkami sprawiły nam więcej przyjemności niż stanie w korku w samochodzie pozbawionym klimatyzacji (na co dzień mi to nie przeszkadza ale w korku - czysty koszmar)
Tło dla naszyjnika postanowiłam znaleźć bliżej. W miejscu do którego nie prowadzą zakorkowane ulice czyli we własnym ogródku.
Na piasku też kiedyś będą.
Może jesienią.
Naszyjnik wykonałam z własnego kawałka ceramiki, sutaszowych i koralikowych haftów. Podszyłam własnoręcznie barwionym jedwabiem.
Całość zawiesiłam na osobiście wykonanym koralikowym "wężu" - Werka dzięki Ci wielkie za naukę!
Nie mogę się oprzeć - ta piosenka mi się kojarzy!
A na koniec się pochwalę. Odwiedziły mnie miłe dziewczyny i takie cuda mi przyniosły:
W tak zwanym "międzyczasie" wykorzystałam jakiś czas temu przygotowane kawałki ceramiki i powstał komplet bardzo spokojny. Kolorystycznie spokojny. Żadnych fajerwerków. Z bliska tylko widać że mimo wszystko iskrzy ;)
A poniżej obiecana (w komentarzach do poprzedniego wpisu) fotka "baniek mydlanych" w innym świetle.
A teraz jeszcze pomarudzę.
Konkurs jeszcze trwa.... wiem że łatwe nie jest zadanie postawione przed chętnymi do udziału.... ale nie jest niewykonalne ;)
Prace które wirtualnie do mnie dotarły... (nic nie powiem, nic nie powiem jeszcze :D) .... ale MAŁO ich!
nie.... no nie..... ręce załamię jak ten Król i jak ja będę dalej pracować??
Jakiś czas temu zapowiadałam "coś". Coś jest naszyjnikiem. Udało mi się go dokończyć a wczoraj na dokładkę zrobić trochę zdjęć.
Ciekawe zjawisko ;> - jak zwykle nie do końca udało mi się osiągnąć zamierzony efekt. I nie mówię o naszyjniku. Ten jest taki jaki miał być. Chodzi o zdjęcia. Te z "ludziem". Marzył mi się bardziej mroczny efekt. Wręcz demoniczny. A tu światło "zjadło" dramatyczny makijaż a na najbardziej znośnej fotce akurat pojawiło się coś w rodzaju uśmiechu.
Nic to. przyjdzie czas kiedyś na porządniejsze mroki. Tym razem noc rozświetlona światłem księżyca ;)
Całkiem nie wiem czemu ale ten naszyjnik jakoś z nocą mi się kojarzy.
Prace nad "cosiem" z poprzedniego posta trwają..... i jeszcze trochę czasu mi to zajmie.
W między czasie oczywiście robię różne rzeczy. Dziś rano udało mi się skończyć kolejne kolczyki. Tym razem pełen egoizm - zostają ze mną. Muszę mieć coś swojego do noszenia.
Ważki od RC, ceramika wypalana dawno, daleko, i aż mam wrażenie że to niemożliwe ....
ależ to był niesamowity wypał!
Wykonałam również kolejne "malownicze" farbowanie i o ile czesanka która jest w tle ufarbowała się jak chciała i kolor jest całkiem inny od planowanego, o tyle nici, sznurki i inne drobiazgi wyszły dokładnie wg planu.
A wczoraj byłam na warsztatach.
Do 3miasta przyjechała Małgosia Wybrańska i uczyła nas jak wykonać fascynator, jak pracować z sinamay....
Łyska wszystko pięknie zorganizowała, upiekła pyszne czekoladowe muffiny, Małgosia uczyła, pokazywała, odpowiadała na pytania. Dziewczyny które przybyły na warsztaty - bardzo się cieszę że Was poznałam - zdolne i urocze, mam nadzieję że pokażę w porządniejszej relacji fotograficznej - niestety było dość ciemno więc większość fotek jest "malownicza" albo potrzebują trochę zabawy. A dziś wyjątkowego lenia mam.
To był bardzo dobrze spędzony dzień. :)
Na zdjęciach poniżej fragmenty fascynatora nad którym pracowałam.
Błędy popełniłam, nie dokończyłam, w związku z tym pokażę go w pełnej krasie jak trochę jeszcze nad nim popracuję.